Z daleka od jakiejkolwiek cywilizacji na starym zamku, w górach zwanych przez niektórych Jelenimi mieszkał sobie Duch Coniuch. Nudził się straszliwie gdyż od co najmniej stu lat był tam sam, a był to duch typu poltergiest, więc niemożność robienia jakichkolwiek psikusów była dla niego nie do zniesienia. Żeby chociaż zostały mu uciechy życia doczesnego, ale brak cielesnej postaci nie pozwalał ani na czerpanie radości z jedzenia i picia ani na różne inne rozkosze które wspominał z rozrzewnieniem…
Ku jego uciesze w pewnym momencie na zamku zaczęli kręcić się ludzie, gdyż zamek miał być przekształcony w muzeum.
Na czas renowacji wprowadziły się tam dwie osoby- wesoła i roztrzepana konserwatorka zabytków Złotowłosa Madeline oraz Liryczny Damiano- przyszły kustosz- typ błędnego rycerza myślącego tylko o swojej harfie.
Dla Ducha Coniucha była to najmilsza rzecz jaka go spotkała od wieku- w końcu będzie miał komu podokuczać. Jako że zamek tyle lat był zapuszczony, przez pierwsze parę miesięcy miał tylko ta dwójkę do zabawy, ale uznał ze wystarczy.
Zaczął od tego, co mu przyszło do głowy jako pierwsze (a że wyszedł z wprawy nie były to popisy najwyższych lotów). Trzaskał szufladami, machał łańcuchami żeby trochę pogrzechotały itp., ale na współlokatorach nie robiło to żadnego wrażenia.
Każde z nich miało swój świat. Madeline tylko patrzyła rozkochanym wzrokiem na stare rupiecie a Damiano nie słyszał nic poza swoją harfą…

Skoro żadne nie chciało się go bać, postanowił zrobić im inny złośliwy dowcip, a mianowicie sugerować każdemu z nich że druga strona się zakochała. Zaczął od najbanalniejszych pomysłów takich jak np. róża na poduszce Madlein. Ale ona oczywiście rzeczonej róży nawet by nie zauważyła, gdyby nie to, że rano przed lusterkiem odczepiała ją od policzka i to też bez specjalnej reakcji. A co dopiero pomysł „ a może to od Damiano”. I tak było z wszystkim…
Próbował też w drugą stronę, pamiętając zasadę ze przez żołądek co serca” podrzucał Lirycznemu pierniczki w kształcie serca i zostawiał koło łóżka tacę ze śniadaniem. Jednak i to na nic. Dla Damniano harfa i muzyka którą na niej tworzył była ważniejsza od czegokolwiek na świecie- nawet jeśli było to śniadanie które mogła przynieść kobieta. Kustosz śniadania zjadał i nawet mu do głowy nie przyszło że przecież produkty same na talerz się nie spakowały i nie przydreptały samodzielnie z tacą na swoich malutkich kiełabskowo jajeczno warzywnych nóżkach…
Duch zapomniał już nawet, że pierwotny plan był taki, żeby zrobić sobie z nich żarty. Priorytetem dla niego stało się to, żeby ta para w ogóle zauważyła swoje istnienie.
Próbował nawet już liścików rzekomo od drugiej osoby z propozycją wspólnej kolacji ale Złotowłosa ze swojego listu zrobiła ściereczkę do pędzli a Liryczny na odwrocie swojej napisał kilka nut. Duch dwoił się i troił, ambicja i chęć dokończenia dzieła spowodowały że dosłownie wychodził ze skóry, jeśli oczywiście, można użyć tego określenia.
W końcu dal sobie spokój, bo to nie miało sensu…Prace konserwatorskie dobiegły końca. Pomału okazało się ze muzeum niedługo będzie już otwarte i w zamku zostanie tylko kustosz. Poltergeist czuł :pod skórą że teraz będzie miał lepiej bo odrestaurowane zostały również pokoje gościnne i było kogo straszyć… Zacznął przyjeżdżać normalni ludzie na których wystarczy łańcuchem pogruchotać i już jest frajda.

Czasem tylko dawniej postawione zadanie nie dawało mu spokoju, jakiś robaczek podgryzał troszeczkę jego duszo-męskie ego…
I nadszedł ten dzień kiedy Złotowłosa odeszła z zamku jak gdyby nic, ale odniósł wrażenie, że jest nieco mniej radosna niż zwykle. Jej spojżenie zawsze rozbiegane, półprzytomne i pełne żaru, stało się jakby bardziej refleksyjne…
Odjechała…
Zauważył tez różnice w zachowaniu kustosza. O ile dalej nie rozmawiał z nikim poza harfą, to ta druga zaczęła wyśpiewywać bardziej płaczliwe niż zwykle melodie. Podświadomie zaczął szukać pierniczków i zerkać czasem na stolik koło łóżka samemu nie rozumiejąc dlaczego…
Zaczął przesiadywać w pokojach w których kiedyś pracowała Złotowłosa, przeprowadził się do pokoju który zajmowała…
Duch Coniuch zrozumiał, że jego żarty i liściki nie były potrzebne. Że nie chodziło o to żeby zaczęli ze sobą rozmawiać i żeby dobrze im się rozmawiało- oni potrafili coś cenniejszego rozumieli że ktoś ma pasje i potrafili ze sobą milczeć. I zrozumiał też, że tych dwoje nawet teoretycznie nie zauważając swojej obecności przegapili coś ważnego co wisiało w powietrzu… I wiedział też ze oboje będą mieli do końca życia chwile, kiedy będą się zastanawiać co by było gdyby nie przegapili tego momentu…
Ale dzięki temu stary lokator wiedział już, że chociaż przez najbliższe kilkadziesiąt lat nie będzie sam.
Dwóch nowych przyjaciół- jeden nieobecny ciałem drugi nieobecny duchem a obaj tęskniący za radością życia… Tak bliscy sobie choć z tak różnych światów…Uzupełniali się, jeden drugiemu zastępował coś czego mu brakowało- Liryczny dawał Coniuchowi swa fizyczna obecność a Duch w ramach rewanżu przynosił mu tą tacę ze śniadaniem której obecności temu drugiemu tak brakowało…
W końcu nie zawsze mamy to co jest szczytem naszych marzeń ale trzeba nauczyć się cieszyć także i tym…

wszelkie podobieństwo do pewnych osób jest nie do końca przypadkowe:P

 

w mojej krwi…

Dodano 25 lutego 2007, w Bez kategorii, przez Coni

czasem dolewam do krwi czerwone wino
minuta po minucie czuje jak się rozprzestrzenia
rozchodzi do najdalszych zakamarków mego ciała
krew staje się gorąca
myśli szybsze i gorące tak jak ona
słyszę jej szum
jak płynie we mnie wartko
w tempie górskiego potoku
skocznie
radośnie
z fantazją
jest tak gorąca że moje ciało paruje

czasem dolewam do krwi ołów Czyichś słów
krew gęstnieje
zwalnia tempo
stygnie
konsystencja początkowo jak wino
chwilę później już jak budyń
rozchodzi się pomału
pomału- by żeby dłużej czuć jak zwalnia
przetacza się centymetr po centymetrze
a gdy zatruje już cały organizm
tężeje
można ją ciąć nożem
kończyny stają się ciężkie
trudno wykonać jakikolwiek ruch
na końcu zastyga serce
kamienieje

czasem dolewam do krwi gorycz myśli
najpierw robi się trochę mniej słodka
później półwytrawna
potem wytrawna
a na końcu nie da jej się już pić…
na ciele od tej cierpkości pojawia się gęsia skórka
wszystkie włoski stają dęba
ale cierpkie może być wykwintne

czasem dosypuje do krwi słodycz rozkoszy
ale to rzadko, bo za słodkie jest już w tak dobrym guście

 

W pięknej krainie zwanej Warsowiandią mieszkała pewna Królewna. Miała dość nowatorskie podejście dożycia jak na osobę o tym statusie społecznym. Nie chciała jak inne królewny być tylko żoną Jakiegoś Króla, chciała żyć w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie była cicha, spokojna i stonowana. Nie lubiła nudnych audiencji na których musiała czasem bywać ze swoim ojcem królem Sowosrogim, nie znosiła wręcz głupiutkich i blondynkowatych dwórek i ich rozmów o gotowaniu i całowaniu się z parobkami… Zresztą królewny nie muszą gotować- mają od tego ludzi, a z parobkami z założenia się przecież nie całują…
Lubiła za to polowania i przyjęcia… Gdyby musiała chyba sama nie potrafiłaby wybrać z której przyjemności potrafiłaby zrezygnować- czy z zobaczenia jak ofiara wpada w zastawione prze nią sidła czy z bali na których można była tańczyć kadryla do białego rana z pięknymi choć nie zawsze do końca heteroseksualnymi dworzanami. Jednym słowem najgorszy materiał na żonę jako można sobie było wymarzyć. Jednak jej ojciec Król Sowosrogi strasznie się zasępiał z powodu braku następcy tronu i drapał się ze zgryzoty po swoim orlim nosie… „Co za zołza wyrosła z tej dziewczyny” myślał ”żaden jej się nie podoba, ten paskudny tamten znów jakiś lichy… wybrzydza i wybrzydza…”Postanowił więc wyda ją za syna swojego przyjaciela króla Alexieja Wielkiego. W ten oto sposób do Warsowiandii trafił cońserwatysny Królewicz . Był to młodzian o gładkim licu, umiejący zauroczyć dziewczynę jednakże o bardzo staroświeckich poglądach. Powiedziałbym że był bardziej nawet „cońserwa” niż „tywny”…Uważał że żona powinna być posłuszna mężowi itp. Itd. Czyli dokładnie taka jaką nasza Królewna nie była.
Królewnę w pierwszym momencie nawet zauroczył. Życie było bajką… Oboje piękni młodzi i bogaci… Chodzili na spacery po królewskich ogrodach, na nudne audiencje… o polowaniach i balach oczywiście nie było nawet mowy…
Jednak taka idylle nie może trwać długo. Cońsekwentna Królewna uświadomiła sobie pewien brak cońsekwencji w swoim zachowanie- czyż nie zarzekała się że nigdy przenigdy? Zaczęła ją dusić cońserwatywnoć Królewicza, który jednak tego nie zauważał i myślał ze może a nią wieść takie nudne życie aż po wsze czasy…
Królewna nie wiedząc co ze sobą zrobić zaczęła się wymykać cichaczem sama na polowania i po jakimś czasie zauważyła ze wszędzie tam gdzie jest kręci się koniuszy Prz3mko. Był to miły choć prosty chłopak bez wykształcenia i ogłady do których przywykła ale za to ze złotym sercem. Uwielbiał polowania i wiatr we włosach. Żeby nie czuć sie samotna Królewna poprosiła go o raz i drugi o towarzystwo, ale bez jakiś chytrych zamysłów bo cóż taki Prz3mko mógł jej zaoferować ze swoją pracą i pozycją społeczną?
Jakież było jej zdziwienie gdy uświadomiła sobie że wypatruje go jak tylko idzie do stajni, podświadomie czeka na jego każdy gest który mógłby świadczyć o tym że jest dla niej miły nie tylko dlatego ze musi. czuła drżenie w żołądku gdy podchodził i mrowienie na karku gdy stał za nią blisko. Nie wiedziała co zrobić bo ani jej ani jemy nie wypadało zrobić pierwszego kroku a. pomógł im przypadek- gdy Prz3mko pomagał jej wsiąść na konia, noga wyślizgnęła jej się ze strzemienia i Królewna wpadła w ramiona na uścisk których czekała od dawna.
Od tego momentu zaczęło się szaleństwo. Nie było już mowy o jakimś Królewiczu o klasach społecznych pieniądzach, liczyli się tylko oni tu i teraz a wszechświat kończył się na ich ustach.
I właśnie na jeden z takich momentów uniesień pełnych emocji fruwających w powietrzu wszedł do stajni Królewicz. Nie mógł nie zauważyć ze coś jest nie tak, zarumienione policzki, przyspieszone oddechy, głośne na pół królestwa bicie dwojga spragnionych siebie serc.
Zobaczył i o dziwo zrozumiał… Bo on też nie kochał królewny prawdziwie, było mu po prostu wygodnie. A do tego szukał tylko czegoś na miejscu stałego i przewidywalnego i nie znalazł tego. Spakował więc swoje rzeczy i wrócił do swego ojca Alexieja.
Sowosrogo co prawda nie wydawał się być najszczęśliwszy na świecie gdy to usłyszał ale wybaczył im to bo widział wzrok swojej córki

I tak to Tylko w bajkach mezalianse i układy 2+1 nikogo nie bolą :D

wszelkie podobieństwo do pewnych osób jest nie do końca przypadkowe:P

 

Dawno, dawno temu w pięknej Krainie Mustangów równie piękna Clacz popełniła mezalians. Zakochała się bowiem w Bujanym Fotelu. Owocem ich burzliwego aczkolwiek przelotnego romansu był jej największy skarb- dziecko.
Miało ono do końca życia przypominać jej o wielkiej i niespełnionej miłości która musiała się zakończyć, gdyż prawowita właścicielka Fotela- niejaka Szafa-Trzydrzwiowa-z-Węglarką-i-Wyjściem-na-Ogródek w dość brutalny i nieprzyjemny sposób zakończyła ta relację gdy tylko się o niej dowiedziała. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na te bolesne dla Claczy momenty, dość na tym że wiedziała, że już nie będą mogli się widywać.
Przelała więc całą swoją miłość do Fotela na Conika na Biegunach i żyli tak we dwoje przez lata…
Conik nie był dobrym dzieckiem ale nie wynikało to z tego że miał przeżartą przez zło duszę. Po prostu było mu strasznie przykro bo inne źrebaki śmiały się z niego, a on nie i umiał sobie z tym radzić. Też chciał mieś kopytka jak one i nienawidził swoich biegunów ze szczerego serca…
Clacz załamywała kopytka nad zachowaniem swojego syna. Całymi dniami nic nie robił, bujał się tylko z jakimiś łobuziakami i żadne przekonywania do niego nie trafiały- mówiło się do niego jak do pnia (podejrzewała ze to ostatnie może być jednak spowodowane genami).
Tak mijały lata…Kiedy już myślała że nic już z niego nie będzie, pojawił się nagle promyk nadziei. Conik na Biegunach dalej się bujał ale już nie tak jak kiedyś… zaczął się bujać z pewną Coninką z sąsiedniej łąki… Już nie był taki arogancki bezczelny i agresywny… Złagodniał, zrobił się wrażliwszy na otaczające go piękno, zaczął nawet tworzyć- wygniatał biegunami obrazy na wilgotnym piasku…
Bo w życiu każdego pojawia się taka wiosna, która nie zważa na kopytka czy bieguny, wiosna która nas uszlachetnia i uczłowiecza… Nawet takiego Conika na Biegunach…
Clacz zobaczyła w jego zachowaniu wiosnę i to Coninka była tą wiosną…
Hasali razem po łąkach i lasach, Coninka kłusem ćwiczebnym a Conik kłusem biegunowym…Wyhasali sobie w ten sposób trójkę ślicznych źrebaczków które miału już kopytka tylko, że drewniane po prostu…
I tak całą rodzinka żyła szczęśliwie po kres swoich dni, ku uciesze babci która cieszyła się z tej Conikowej przemiany i ukradkiem z rozrzewnieniem podziwiała w kopytkach wnucząt odcień drewna Fotela Bujanego…

 

Dawno dawno temu żyłą sobie czterolistna Coniczynka
Była bardzo zdziwiona że wszyscy uważają ją za szczęśliwą bo ona miała na ten temat odmienne zdanie…
Więcej szczęścia miały jej zdaniem te trzy, dwu i pięcio listne…
Traktowane były przez wszystkich normalnie. Ją traktowano z jakąś niezasłużoną, nienależną, jej zdaniem, czcią
Kiedy tak jej powtarzali jaka to jest szczęśliwa i jak się cieszą, że mają ją obok siebie, uśmiechała się tylko…A potem siadała gdzieś na łączce w kąciku i płakała
Bo nie miało sensu tłumaczenie że jest inaczej, że jest normalna i chciałaby żeby tak ją traktować…
Nienawidziła tego czwartego listka…
Chowała go pod trzeci
Zakrywała drugim,
Na nic…
I tak wszyscy widzieli ze on tam jest…
A nie mogła go wyrwać bo był integralną częścią jej ciała…
Paradoksalnie przez ten czwarty, rzekomo szczęśliwy listek była strasznie nieszczęśliwa…
Aż pewnego dnia przechodził koło Coniczynkowej łąki smutny Cominiarczyk
Smutny, bo wszyscy na jego widok łapali się za guziki i uważali że on to na pewno jest szczęśliwy. Kiedy tymczasem on był bardzo głęboko smutny…
Zobaczył Coniczynkę i pomyślał „A może ona przyniesie mi szczęście?”.
Podszedł do niej, ale gdy zobaczył jej smutne listki, wiedział już, że ona czuje się dokładnie tak samo jak on.
Że udaje szczęśliwą żeby spełnić oczekiwania mijających ją i ludzi, że nawet jeśli samej jest jej źle to wie że musi spełnić oczekiwania…
I nie powiedział jej nic
Tylko pogłaskał ją i się uśmiechnął. Zaczął do niej przychodzić coraz częściej i częściej i na twarzy obojga zaczął pomału gościć uśmiech. Okazało się że jednak potrafią zarówno być szczęśliwi jak i przynosić szczęście- sobie nawzajem.
Więc żyli potem długo i szczęśliwie…

Bajka napisana na zamówienie- dostałam zlecenie na kilka okołoconiowych bajek, więc będą się one tu pojawiać. Zbieżność imion przypadkowa:D

 

Motyle…

Dodano 19 lutego 2007, w Bez kategorii, przez Coni

motyle są efemeryczne…
jak róże…

„Po wyjściu z poczwarki skrzydła są jeszcze krótkie i zmięte, ale jak tylko owad stanie na pewnym podłożu, zaczyna je rozpościerać.
Materiał początkowo miękki i plastyczny, schnie i przez to twardnieje.
Po wyschnięciu staje się sztywny i wytrzymały, przy równoczesnej lekkości i elastyczności.
Żyją od kilku dni do kilku miesięcy.”

„jak tylko owad stanie na pewnym podłożu…”

ale jeśli nie napotka takiego podłoża,
nie ma gdzie rozłożyć skrzydeł…
nie ma możliwości wystawienia ich na słońce
osuszenia
wzmocnienia
a one nie mogą tak zostać
krótkie
zmięte
ciężkie
słabe
i nietrwałe

bo wtedy motyl nie przetrwa…

żyją od kilku dni do kilku miesięcy…
żyją od kilku dni do kilku miesięcy…
żyją od kilku dni do kilku miesięcy…

potem wszystko umiera
emocje
niepokój
drżenie głosu na myśl o spotkaniu
migotanie żołądka kiedy czekasz
fizyczny ból braku oddechu na poduszce
chęć zapadnięcia się w siebie nawzajem
i zostania tam o końca świata

i motyle…
motyle są efemeryczne…
jak róże…

Z uniesień zostały mi uniesione brwi, ze wzruszeń- wzruszenie ramion…

 

Odlać makaron…

Dodano 14 lutego 2007, w Bez kategorii, przez Coni

gotowanie makaronu wydaję się sprawą prozaiczną
ale nikt nie wie ile problemów może to dostarczyć
szczególnie jeśli nie ma się sitka/durszlaka/dziurawego garnka/czegokolwiek do odcedzenia wspomnianego już produktu

rożne są sposoby by nie spożywać tej uroczej wody która zostaje
najskuteczniejszym jest kupowanie ryżu i kaszy w torebkach oraz kuskusa :DDD
jednak Conie wbrew opinii rozpowiadanej przez biologów lubią makaron…
tanieć świętego Wita można odtańczyć odlewając makaron bez użycia sitka czy choćby pokrywki…
trochę jednym boczkiem
trochę drugim
trochę przytrzymując gorący makaron łapką
trochę wspomagając się ścianami zlewu
trochę z tego zlewu wyjmując…

ale ostatnio wyszedł mi dobry patent
wstawiłam makaron na jednym palniku i resztkę pieczeni
(tak, ugotowałam coś :P)
na drugim

poszłam na sekundkę do komputera
pewnym momencie usłyszałam skwierczenie pieczeni i poleciałam ją ratować bo samego makaronu nie lubię aż tak bardzo…
jakież było moje zdziwienie gdy okazało się ze pieczeń wyłączyłam wcześniej
o czym oczywiście nie pamiętałam
ale za to udało mi się wygotować wodę z makaronu:)
jedynego posiadanego garnka udało mi się nie przypalić
a za to problem kluszczanki rozwiązał się sam:DDD
może nie był to makaron al dente… ale jadalny był:DD

ale to dobry znak nie wszystkie moje przypadki są pechowe:))))))))
jednakowoż chyba nabędę drogą kupna jakieś sitko:)

 

w dniu dzisiejszym postanowiłam się udać do Okolicznego Marketu celem zakupienia dmuchanego materaca…
oczywiści go nie nabyłam bo to nie sezon, ale nic to:)
potem będę myśleć na czym będę kłaść gości z Polski…

jako ze potrzebuje powiesić roletę na drzwiach do łazienki postanowiłam wstąpić do znajdującego się obok Marketu Budowlanego żeby kupić gwoździki niezbędne w celu jej umieszczenia
dwa:D
tak- dwa gwoździe:D
nie jest mi potrzebne 30, 40 czy 50 gwoździków tylko dwa:)
bez sensu kupować więcej bo nie miałabym i tak gdzie tego trzymać :)
a pamiętałam że tam mają na wagę:D
na długo zapamiętam minę pracownika który podszedł i chciał mi pomóc z ważeniem:)
a i tak wzięłam 4 żeby może więcej było:D
niestety pomimo dokładania kolejnych sześciu waga dalej twierdziła że to za lekkie i musiałam z mojego poważnego zakupu zrezygnować,
sądząc po tym jak się gotował, myślę że pan_z_działu_gwoździ również na jakiś czas mnie zapamięta:)

po dokonaniu niezwykle owocnego spaceru po sklepach poszłam do autobusu żeby podjechać jeden przystanek…
w związku ze zbliżającymi się walentynkami wszyscy chodzą zakochani i dużo uroczych, emanujących emocjami obrazków można zobaczyć.
w owym autobusie zobaczyłam właśnie taki…
dziewczyna i chłopak
patrzący na siebie maślanym wzrokiem…
trzymający się za łapki…
oboje z rozmarzonymi uśmiechami na ustach…

wysiadali tam gdzie ja…
szli ślicznie za rączki i tylko spoglądali na siebie co chwila z uśmiechem…


nie dodałam jeszcze że oboje ze słuchawkami od mp3 playera na uszach:D
każde ze swoim odtwarzaczem:D

 

Strzyga…

Dodano 5 lutego 2007, w Bez kategorii, przez Coni

widzę ją

jest blada i głodna, po spała długo po ostatnim posiłku
lecz wydaje się być bledsza niż zwykle

twarz prawie przezroczysta
zęby, normalnie ludzkie i nieduże
teraz zaostrzają się
usta wykrzywiają się
w nieładnym
złym
modliszkowatym
uśmiechu
brwi nie okalają już oczu łagodnie
tylko stają się nastroszone i groźnie
oczy zwężają się w szparki gdy nagle dostrzega ukłucie po czyichś zębach
to dlatego jest bledsza

nie żeruje się na strzygach
bo mogą potem polować
już nie z głodu
a z chęci mordu i zemsty na kimkolwiek kto wpadnie w zakrzywione szpony

a o ofiary łatwo…
same pchają się w ręce
nie trzeba nawet,
jak robią to naiwne syreny
wabić ich śpiewem na skałach…
przychodzą i bez tego
aż się proszą

I jak oprzeć się pokusie?

widzę ja
nie lubię jej widoku
zawsze wtedy proszę żeby wróciła do swej krypty
jeśli nie chce po dobroci- przepędzam siłą

ale jednak czasem ją widzę…
boje się że kiedyś jej nie przekonam i że wyjdzie na łowy…
i już mi szkoda tych których wtedy napotka na swej drodze…
po jej przejściu zostaną tylko zwłoki i zgliszcza

widzę ją
czasem

w lustrze

 

Już kiedyś pisałam co należy zrobić aby żelazko było skuteczniejsze

Teraz uznałam że należałoby ten opis wzbogacić o kilka uwag

Otóż jeżeli mamy do wyprasowania komplet (koszulę nocną do ziemi i równie długi peniuarek z halkopodobnego materiału) w którym będzie się występowało w spektaklu, nie od rzeczy byłoby wykonanie tej czynności na desce do prasowania, ze względu na to jak bardzo niektóre materiały potrafią być niewdzięczne i gniotące.
Jeśli jednak nie posiadamy takowej możemy spróbować dokonać tej operacji na rozłożonym na łóżku prześcieradle.
I tu pojawiają się cztery spostrzeżenia

Pierwsze…
Jeśli staramy się rozprostować materiał tak żeby nie było na nim ani jednego załamania, używając do tego trzech kończyn (w czwartą- wymiennie- podpieramy się o ziemie w celu złapania równowagi, lub po zmianie – w czwartej trzymamy żelazko)…

Swoja drogą kto by pomyślał że prasowanie to taka gimnastyka całego ciała :D

…to należałoby ułożyć wspomniany materiał bezpośrednio na prześcieradle, a nie na sznurze od żelazka, gdyż po podniesieniu urządzenia do góry może okazać się ze cała nasz praca pójdzie na marne…

Drugie…
Żelazkiem, do którego uprzednia nalaliśmy wody, nie powinno się wykonywać zbyt zamaszystych ruchów, gdyż zawartość można sobie wylać na głowę…
(wskazane tylko w przypadku gdy ma się embargo na wodę a odczuwa silną potrzebę umycia głowy tu i teraz…)

Trzecie…
Efektem opisanej gimnastyki finalnie może być średnio uprasowany kostium oraz prawie idealnie uprasowane prześcieradło…

Czwarte…
Jaki jest sens prasowania, skoro zaraz po wykonaniu tej czynności wspomniany strój zwijamy w kłębek, wrzucamy do reklamówki i idziemy na premierę? Przecież po wyjęciu z siatki wygląda tak samo jak przed naszymi machinacjami…

 

  • RSS