Na poprawę humoru

Dodano 31 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Przed nadejściem Nowego Roku
By nie wchodzić tak
Z łezką w oku

Obsługa sprzętu domowego w domu moim:

Sprzęt nr1: żelazko
Bierzemy żelazko. Włączamy je do prądu. Prasujemy cierpliwie koszule. Bez wody, bo nie lubimy:
- jak nam chlapie wodą na świeżo uprasowane rzeczy (przy prasowaniu niektórych materiałów chlapanie daje efekt odwrotny od zamierzonego- nie dzieje się tak jednak przy koszulach)
- jak żelazko pluje kamieniem- a niestety moje zaczęło już mieć taki przykry zwyczaj
- nie lubimy uprasowanych koszul (???)

Po ciężkich przejściach udaje nam się…
Następnie:
Wyłączamy żelazko z prądu żeby
-przypadkiem nie uprasował się przechodzący czasem tamtędy kot
-niewiadomo po co
Przynosimy następną koszulę
Prasujemy ją bardzo dokładnie, po to by na końcu stwierdzić że jej stan nie zmienił się ani odrobinę.
Kłócimy się z mamą że będziemy dalej próbować bez wody- a nóż się uda…
Podkręcamy temperaturę…
Patrzymy zdziwionym wzrokiem czemu żelazko nie zapaliło lampki „nagrzewam-się-poczekaj”
Włączamy żelazko do prądu…
Prasujemy koszulę po raz drugi…
Oglądamy ją…
Przynosimy wodę… Nie mając zaufania do plującego podle kamieniem żelazka plujemy same…. Udaje nam się nawet bez kamienia :DDDD
Prasujemy koszulę po raz trzeci.
Dzięki Bogu na tym koniec…

Sprzęt nr 2) Kuchenka gazowa
Stawiamy garnek na gazie lewym- tymczasowo, przed zapaleniem gazu w miejscu właściwym, docelowym palnikiem- jest palnik prawy.
Bierzemy do ręki olej.
Lejemy olej w miejsce garnkowi właściwe i przeznaczone . Bezpośrednio na prawy palnik.
Żeby nie marnować zbędnych ruchów ręką- w końcu ten garnek i tak tam kiedyś stanie…
Bierzemy urządzenie do zapalania gazu… i reflektujemy się co się stało.
Dzięki temu pół bloku nie wylatuje w powietrze, za co powinna nam się należeć dozgonna wdzięczność sąsiadów…

I tu mała niespodzianka… instrukcja obsługi kuchenki gazowej wbrew pozorom nie jest mojego autorstwa…
Chylę czoło w kierunku mojej mamy :DDD
Hmmm, rodzinne?

Dziękujmy niebiosom za Pierdoły. Bez nich życie byłoby smutne…;)))

I tym optymistycznym akcentem…:)

Szczęśliwego Nowego Roku:))))))))))

:-*****

 

Najadłam się strachu, nałykałam łez…

Dodano 31 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Popołudnie

Rozmowa
Bez krzyku
Nerwowo składane zdania
Nerwowo wypowiadane
Ale już bez krzyku
Głosy tylko momentami podniesione
Źle
Ale już lepiej

Ciągła nadzieja
Że zmieni zdanie

Wieczór
22.00

Telefon

A uprasowałaś mi już koszule?

E, jak nie to już nic

Żelazko
Natychmiast dajcie mi żelazko!!!!

i uprasowałam dwie

tak na wszelki wypadek

Ja nie zginę śmiercią naturalną
I nawet nie dlatego że zrobię sobie krzywdę
Tylko na zawał
Mi przecież od soboty, to już mało łez nie zabrakło…

Ale darowuje mu podniesienie dramatyzmu
Bo przełknął dumę
Przełamał swój upór
Bo znowu będzie przy mnie

Coś mi jeszcze po twarzy chyłkiem przemyka
Taka mała, maleńka
Łapię ją i mówię
Już dobrze
Uśmiecha się
Promieniem słońca
W niej odbitym

a kiedy się obudzę po spokojnym śnie
niech zbudzi się mój człowiek obok mnie
a kiedy się utrudzę niech jak chłodny zdrój
będzie człowiek mój
fortunie go wyłudzę by był przy mnie ten
człowiek mój, mój men

Dziękuję
Za słowa otuchy
Za to że tak naprawdę nie byłam sama
To ważne
Świadomość że jest gdzieś ktoś
(o uciekła jeszcze jedna:))

 

Dodano 30 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

gniew…
rozmowa…
zła rozmowa…

dużo słów…
przykrych słów…
o parę złych słów za dużo…

ultimatum…
i zła na nie odpowiedź…
na pewno nie dla wszystkich zła…
a może to tylko mi się nie podobało?

i co teraz?
co się robi w takie dni jak dzisiaj…

Idę jutro na sylwestra…
W stylu lat 80 tych…
Idziemy w składzie pomniejszonym
o jedną osobę…
Będę się bawić (?)…

 

Potrafię się śmiać…

Dodano 30 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

jestem Julią
mam la 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła rytm serca
Rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły
odeszła

Zawsze chciałam się móc pod tym podpisać…
Pod koniec każdej dziecięcej czy nastoletniej „wielkiej miłości”
Niezależnie czy miałam w tedy 12 lat czy 20…
Zawsze tylko jedna rzecz różniła mnie od Poświatowskiej piszącej ten wiersz…

Ona miała wtedy 23 lata,
a kobieta w każdym momencie swego życia kocha inną miłością…
Mniej lub bardziej dojrzałą,
mniej lub bardziej rozważną,
mniej lub bardziej namiętną,
mniej lub bardziej ukierunkowaną na spędzenie życia,
mniej lub bardziej romantyczną…

Zemściły się na mnie „marzenia” nastoletnie…

jestem Julią
Mam lat 23

Samotnie…

Nikogo przy mnie…
Wszyscy wyjechali…
Nikt nie pracuje…
Nawet na gg czerwono…

A nawet gdyby…
Są przecież tacy z którymi będę się jutro „bawić”…
Ale kto dał mi prawo psucia im sylwestra?
Tylko dlatego, że ja nie będę się dobrze bawić, mają się źle bawić też inni?

Jutro zapadnie ostateczna decyzja, ale już wczorajsza rozmowa nie wróżyła nic dobrego…
Co ma większą wartość?
Powartościujemy sobie troszeczkę…

Pretekst…
Głupi pretekst znalazł…
Uważam że przy jego inteligencji mógł się wysilić na coś oryginalniejszego, lub chociaż poważniejszego…

Bo zapaliłam papierosa…

Ile musiałam znaczyć, skoro Vouge mentol w ilości 1 sztuka i jego chęć napicia się z kolegami zaważyła na całym naszym związku?

Chyba samo wahanie powinno dać mi do myślenia…

Potrafię śmiać się z tego…
Potrafię śmiać się z każdej przykrości która mi się zdarzyła; opowiedzieć ją tak by publiczność bawiła się dobrze… Niezależnie od tego jak małe/duże jest audytorium…

Ale jeszcze nie dziś…

 

Po świętach miłych, ciepłych, dających wypocząć, pozwalających nabrać troszeczkę ciałka;), prezentowych, mało kłótliwych i w sumie udanych nadszedł czas przebudzenia…
Dziś.
Poświąteczny poranek jeszcze przed wschodem słońca (hmmm, czyli właściwie to końcówka nocy).
Przesiadka z mojego podmiejskiego autobusu jeżdżącego pomimo świątecznego rozkładu jeszcze jakoś przyzwoicie (czytaj- fartem na niego trafiłam), do autobusu miejskiego wiozącego mnie w miejsce następnej przesiadki… (z zaznaczeniem że w każdym dzisiejszym autobusie nie mogłam się ruszać)
Taaatatm- będzie za pół godziny.
Podjeżdżam autobusem innym 3 przystanki żeby mieć jeszcze drugi autobus do wyboru…
Taatam- nie jeździ- w końcu święto…
Podjeżdżam jeszcze 3 przystanki innym autobusem bo może uda mi się złapać jeszcze inny autobus…
Taatam- nie jeździ…
Czekam pół godziny na mrozie, aż przyjeżdża mój-krótki-autobus na który czeka (tylko na przystanku na którym stoję) ok. 15 osób… Wsiadam (cudem!) mogę nawet ruszać głową :) … Drzwi nie otwieramy ze współtowarzyszami podróży nie ze złośliwości, lecz z przymusu- przy 4 osobach na pierwszym stopniu i 4 na drugim(!!!) jest to nie specjalnie możliwe… Cudem wysiadam… Czekam następne 15 minut na autobus który dowiezie mnie do pracy…
Dojeżdżam…
Boje się zobaczyć w jakim stanie jest moje drugie śniadanie/ obiad (kanapki oraz serniczek), które mam w zyczaju wozić w małych reklamóweczkach w ręku…

Najszczersze poświąteczne życzenia dla osoby która zadecydowała że skoro on/ona ma dziś święto to znaczy że wszyscy mają mieć:
A żeby cię…
I jeszcze żeby…
A na koniec żebyś musiał pojeździć o takiej godzinie autobusami w dzień jak dziś
:[[[[[[[[[[[
I żebyś miał tak cały rok…..
Ufff wyżyłam się…
godz 10:00-zajżałam do śniadanka- do życzeń dodaje- i obyś zawsze jadł taki serniczek…

Lista prezentów- uwaga nudnawe- tylko dla wytrwałych;)))
Pod choinką znalazłam:
od Mikołaja mamowego: golf ciepły granatowy, sweterek ciepły błękitny (dbają żebym nie marzła w pracy), 2 piżamy: wersja letnia- satynowa koszulka na ramiączka z krótkimi spodenkami; wersja zimowa- frotte długie spodnie i długa bluza, pościel, skarpetki;
od Mikołaja J.: golf gruby czerwony (temat dalszej części opowiadania), bieliznę- czarną w czerwone kwiatki, czekoladę i jeszcze dziś ma Mikołaj coś podobno donieść:);
od Mikołaja typu „mamy boyfriend”: świeca o średnicy +/- 20 cm na cztery knoty, piasek parafinowy w kolorze tła powyższej notki do samodzielnego tworzenia świec, świece dwie granatowe o chropowatej powierzchni, kielich na tworzenie świec z piasku parafinowego;
od Mikołaja K.: golarkę do ubrań;
od Mikołaja szefa: zaparzacz do herbaty,
od Mikołaja taty: sms-a

O Rybie
Jak Szanownym Czytelnikom wiadomo z linków „Blisko Coni”posiadam Rybę o imieniu Maurycy. Jest ona rybą genialną i nie boję się użyć tego słowa;))))
Wspomniany Pan Ryba ma w zwyczaju „puszyć” się na widok lusterka.
Głupio uważałam że jeśli ma się mózg wielkości łepka od szpilki to znaczy że jest się Głupią Rybą, no a co taka ryba rozumie.
Na pewno kiedy zobaczy mnie w moim
Nowym-Czerwonym-Golfie-w-Kolorze-Ryby na pewno zacznie się „puszyć” no bo przecież jestem czerwona.
E tam, głupi nie jestem- powiedz Mauryc.
Hmmm, może więc uznał ze jestem zbyt dużą rybą i że nie będzie do takiej podskakiwał…
Postawiliśmy mu więc czerwony marker tuż przy akwarium, myśląc że da się nabrać. Owszem zainteresował się… Popłyną, obejrzał, spojrzał na nas z wyrazem pyszczka „głupiego-ze-mnie-robicie?” i zlekceważył podpuchę…
Ta ryba jest bezbłędna:)))))))))))))

Jak mogłam zapomnieć czyli Coni Popierdułki ciąg dalszy
- co jeszcze można zrobić? Można:

Podpunkt c) zdolności inne (wszystko również w feralnym przedświątecznym tygodniu)

- zabrać ze sobą pakunek zawierający porządnie opakowaną bombkę, o wymiarach 35/ 35/ 15 cm w celu wysłania go po skończeniu zajęć (jako list nie jako paczkę wbrew pozorom). Jechać z nim półtorej godziny w autobusach i dopiero będąc na uczelni zorientować się że nie zabrało się z domy adresu;DDDDD Zadzwonić do mamy żeby jakoś spróbowała odczytać pismo Popierdółki i przysłała go sms-em, po czym nie mieć przy sobie ładowarki a mieć rozładowany telefon… Po czym żebrać od znajomych żeby pozwolili włożyć swoją kartę…
- Idąc do K. na balejaż nr 2, przyjść używając w jednej stopie tylko palców i niosąc obcas w prawej dłoni…
- Po umiejscowieniu przez tatę K. obcasa na poprzednim miejscu, dwa dni później pojechać do babci i zgubić ten sam obcas na Placu Politechniki… Wracać potem przez półtorej godziny na palcach prawej stopy, przenosząc cały ciężar ciała na stopę lewą. Zapominając o drobnym szczególe że lewą powinno się oszczędzać ponieważ chwilkę przed zgubieniem obcasa źle się stanęło i ją uszkodziło…
We are the champions…

 

Podsumowanie

Dodano 23 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Czasem jestem straszna…

Jestem osobą koszmarnie zakręconą ale to co przydarzyło mi się przez ostatni tydzień/ półtora tygodnia przeszło ludzkie pojęcie…
Otóż w ostatnim okresie czasu:
a) w autobusach:
- (+/- półtora tygodnia temu) siedziałam J. na kolanach i gestykulowałam. Jeden z gestów był tak zamaszysty że rzuciłam jego czapką na kilka metrów… Dobrze ze była sucha podłoga a nie breja jak czasem się zdarza…
- (we wtorek) siedziałam jw. i miałam swoją czapkę położoną na kolanach. Wstałam. Zapominając że coś na mnie leżało… Breja na podłodze była dosyć duża…
- (w piątek) siedziałam, J. stał nade mną. Na mnie dużo siatek. Jakaś dziewczyna stanęła koło nas i chyba źle jej się stało, bo spojrzała pod nogi, podniosła mój śliczny kapelusik i zapytała- czy to wasze… Breja była jeszcze gorsza… Tym sposobem w tym tygodniu nosiłam trzy różne czapki
- spodnie- opisane ze 2 notki wcześniej
b) włosy
- w zeszły weekend balejaż kipiącym przeterminowanym rozjaśniaczem- wyszły ładne blond pasemka gdzieniegdzie i placki. Z jednej strony trochę mniej pasemek bo rozjaśniacz do tego podejrzanie wcześnie się skończył :DDD
- „balejaż 2″ połączony z obcięciem- plamy naprawione, obcięte ładnie
(moja mama stwierdziła że obie z K. jesteśmy bardzo odważne- ona dlatego że pojęła się mnie obciąć a ja bo się dałam :D),
dorobione nowe pasemka, lecz tym razem blond farbą. Podstawowa zmiana dwa pasemka z przodu- na pocieniowanych włosach. Dość grube. Wyszły rude w związku z czym pomimo wycieniowania włosów jak do przedziałka pośrodku- przedziałek będę mieć z boku aż do kupienia nowego specyfiku. Ponad to jako że chciałyśmy poeksperymentować z farbą (!!!) i ufarbować mi sam dół włosów na blond (od spodu)- dół mam też połyskujący na rudo- tak od czasu do czasu:)
c) zdolności różne
- we wtorek rozcięłam sobie papierem palec tak że jeszcze w sobotę nie mogłam funkcjonować bez plastra… (ja generalnie mam talent do robienia sobie krzywdy… to cud że dożyłam takiego wieku;) )
- trochę techniki się gubię- siedząc z farbą na głowie postanowiłam zadzwonić do domu powiedzieć ze będę później. K. przyniosła mi słuchawkę od telefony bezprzewodowego marki „philips”. Przycisków było kilka w tym znajomo wyglądające dla użytkowników telefonów komórkowych „ok” i „C”. Uruchomiłam urządzenie wciskając przycisk ze słuchawką. Po czym stwierdziłam że zadzwonię jednak za chwilę i przycisnęłam przycisk „C”. Po chwili leżąca w mojej dłoni słuchawka odezwał się:
„słucham?”
Zadzwoniłam gdzieś. Ten cholerny klawisz mnie zmylił!!! :)))) Jest „Redialem” a podszywa się pod inne! Taki podły:)))))
Zupełnie zbita z tropu i zdezorientowana powiedziałam słuchawce: „Przepraszam chyba zły numer… wymyśliłam…”
(tak, powiedziałam „wymyśliłam! :DDDDD)
Na to słuchawka zamiast powiedzieć:
„nic się nie stało, papa” odezwała się głosem mojego J.
„A czemu zły…?”
I tu się zapadłam ze wstydu pod ziemię bo zostałam nakryta:)

Niech żyją udane tygodnie

To tak żeby nikt się nie dziwił skąd nazwa bloga:) Po prostu jestem żałosna:))))))

 

Nie mów złego słowa o Adminie swoim :)

Dodano 20 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Odzyskałam sieć:)
Jeśli siedzi się w pracy samemu, a służbowe zadanie bojowe, które ma się do wykonania polega na grzebaniu po sieci to jest to coś.
Wczoraj myślałam ze zwariuje. Osiem godzin nic nie robienia w pracy, przy braku dostępu do sieci… koszmar… W domu takie nieróbstwo jest przyjemne, ale możesz zawsze sobie pooglądać TV, pójść spać, cokolwiek.
W pracy możesz zrobić porządki na komputerze, ale ile można wyrzucać pliki… A nie mam nawet „sapera”…

Do tego wczoraj bardzo potrzebowałam się „wypisać”. Zrobiłam to w Wordzie, ale dziś już nie zamieszczę tej notki. Bardzo się bowiem pokłóciłam z J. i było o tym czego nie cierpię w naszym związku i o tym czego bym chciała i jak się czuję… Ale już jest dobrze. Widzieliśmy się wczoraj. Dlatego nie wstawię już tego co tam o nim napisałam :D

Co ja się po drodze nanarzekałam, na cały świat na Admina, na szefa, na cały świat. Adminowi z tego wszystkiego dostało się najbardziej, gdyż we wtorek wysłałam do niego maila z opisem tego co się dzieje z moją siecią a on mi nawet nie raczył odpisać żebym go pocałowała gdzieś. Stwierdziłam że nieładnie i posłałam w jego kierunku parę złych i niemiłych słów. Dopiero szef do niego zadzwonił i gość miał przyjść. Nastawiona byłam nie specjalnie pozytywnie z powodów w/w. A tu nagle w drzwiach stanął koleś który mieszkał kiedyś u mnie w bloku i znam go od dziecka:) i okazał się być owym znielubionym, zniesławionym i zbluzganym przez mnie Adminem, którego nazwiska po prostu nie skojarzyłam (nie jednemu psu Burek) ;)
Uroczyście obiecuję w razie problemów z siecią nie „słać” już Adminowi:)
(znajdę sobie kogoś innego)

Do tego sylwester…

J. nie chce jechać do Białegostoku (opcja najbliższa memu sercu ze względu na starych znajomych), bo nie chce mu się tłuc pociągami, wydawać 100 zł na przejazdy po to by dotrzeć na imprezę na której nikogo nie będzie znał

Przyjaciel J. robi kameralnego sylwestra, ale tam to za to ja nie za bardzo mam ochotę iść…

Na bal przebierańców organizowany w Domu Kultury nie za bardzo mamy kasę…

Ohhh jooo- jak mawiał krecik

 

Ostatni krzyk mody

Dodano 18 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Od jakiegoś czasu modne są spodnie- jeansy- udające brudne i zniszczone… Np. błękitne spodnie „pobrudzone” na piaskowy kolor nierównomiernie, asymetrycznie i dosyć intensywnie aby zwiększyć wrażenie „pobrudzenia”…

Otóż mam takie!!!!!!

Zdobyłam je w sposób dość klasyczny wydając z siebie może nie ostatni krzyk mody ale zawsze krzyk. Brzmiał on mniej więcej „O rzesz ty…”
Wejście w ich posiadanie zawdzięczam Panu Kierowcy który najwyraźniej nie lubi niemodnych pasażerów i mało efektywnych hamowań… Jednym słowem wyrżnęłam się jak długa w autobusie i jestem maksymalnie utytłana w błocie… Nierównomiernie, asymetrycznie i dosyć intensywnie… Ja nie muszę już bardziej zwiększać wrażenia pobrudzenia…

Ale tu następuje pozytywny akcent- jak można zostać mile zaskoczonym- podczas gdy pewien słaby znajomy z którym usiłowałam prowadzić konwersację podczas podróży (on siedział a ja stałam- cóż bywa…) zareagował na mój upadek dość głupim, co tu dużo ukrywać wyrazem twarzy i podaniem pomocnej chusteczki gdy już było po wszystkim, pomocną dłoń przy wstawaniu czy też wręcz podnoszeniu mnie ;))) podał mi chłopiec- Siedemnastka.
Siedemnastka stała w towarzystwie kilku kolegów, ubrani byli stroje raczej sportowe i całą drogę co drugim słowem w ich rozmowie było k***. I to właśnie on rzucił się zbierać jakąś lecącą na ziemię laskę, to właśnie dzięki niemu prawdopodobnie nie uderzyłam jeszcze głową… Duży ukłon w kierunku Siedemnastki- pozytywne zaskoczenie…

Jako ciekawostka- w owych modnych spodniach zmuszona będę pojawić się dziś na wigilii teatralnej, gdyż nie uda mi się po pracy dotrzeć do domu… Młodszemu pokoleniu teatromaniaków przedstawiane jesteśmy przez naszą instruktorkę jako weterani- legenda :)))) (ostatnio nawet jakieś młode stworzenie spowodowało u mnie kompletne zażenowanie mówiąc na mój widok „Dzień dobry Pani…”)
Dziś wspomniana „legenda” przyjdzie z upaćkanym całym lewym pośladkiem, udźcem, całą(!!!) prawie naokoło nogawką od kolana w dół i lekko zabrudzoną lewą. Kurtkę na szczęcie udało się doczyścić.
Niech żyją utalentowane (w upadkach) „legendy”

A z ploteczek: Sieć mi nie chce działać, wczoraj pokłóciłam się z J. i nie mam gdzie iść na sylwestra… Coraz lepiej…

 

Cońskie zdrowie

Dodano 17 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Zapalenie oskrzeli zagaszone… Dziś ostatni dzień brania antybiotyku… A brałam go sporo bo aż 4 tabletki dziennie… Pan Doktor robił wszystko żeby mnie postawić szybko na nogi…

Mam więc za sobą cztery dni słodkiego lenistwa… Podczas owych czterech dni nawet przemknęła przeze mnie myśl ze mogłabym włączyć komputer i napisać notkę żeby potem nie marnować cennego czasu pracy ;) ale lenistwo było zbyt silne…
Miała być tu notka o tym jakie to kobiety są próżne i zwykłe ufarbowanie włosów poprawia im nastrój ale tego niestety nie mogę napisać z powodu efektów owego farbowania:)
Coś co z założenia miało być balejażem odrobinę rozjaśniającym moje dość ciemne ostatnio włosy stało się cieniusieńkimi pasemkami w kolorze blond, schowanymi pod włosami i niewidocznymi w rezultacie…
Do tego jeszcze okazało się że rozjaśniacz trzymałam w domu tyle czasu że gdzieś po drodze miną termin „the best before”… Spowodowało to dość wybuchową reakcje tego i tak niezbyt łagodnego preparatu. Zaczął się pienić, wydostawać z pod folii i tym samym, (dzięki Bogu niezbyt widoczne bo również pod włosami) u nasady włosów mam białe, już nie pasemka ale poletka włosów. :DDDDDD

Heh, może to z drugiej strony i dobrze że nie mamy żadnych propozycji na sylwestra???

Ale wszystko dobre co się dobrze kończy…
- Poparzone specyfikiem ucho już ochłonęło,
- K. ma naprawić na dniach to co powstało na czubku Coni, w stopniu chociaż zbliżonym do przyzwoitości :)
- jestem już zdrowsza,
- nie dusze się,
- nie robię jeszcze paru rzeczy związanych z chorobą
- i w ogóle życie jest fajne:)

Krótko mówiąc: Dzień Dobry po chorobie:)

 

Ciepło Coni…

Dodano 12 grudnia 2002, w Bez kategorii, przez Coni

Mam Grzejnik! Mam Grzejnik! Mam Grzejnik!
Jakie to straszne i płytkie że moje życie obraca się tylko i wyłącznie wokół temperatury w pracy, ale z przykrością stwierdzam że gdy jest mi zimno, nie jestem w stanie myśleć o niczym wzniosłym…
Mam Grzejnik! Mam Grzejnik! Mam Grzejnik!
siedzę koło Grzejnika
przytulam się do Grzejnika
przekładam nogi na Grzejnik
ściskam Grzejnik między nogami
tańczę dokoła Grzejnika
skaczę przez Grzejnik
normalnie kocham mój Grzejnik
mniej niż Misia ale zawsze:)))))))
Mam Grzejnik! Mam Grzejnik! Mam Grzejnik!
Zaczynam lubić mojego szefa. Jak usłyszał hasło „zapalenie oskrzeli” to powiedział że mogę nawet nie przyjść ze 2 dni (jeśli znajdę zastępstwo). I w ogóle był miły (już po wydarciu przeze mnie Grzejnika, oczywiście;) ).
Mam Grzejnik! Mam Grzejnik! Mam Grzejnik!
Zaraz zadzwonię do koleżanki czy nie chciałaby dorobić przed gwiazdką na prezenty. Oby tak. Co prawda równałoby się to z oddaniem moich ostatnich pieniędzy, ale wolę oddać pieniądze, niż wypluć płuca. Po miesiącu chodzenia z chorobą chyba wypadało by się na chwilę położyć…
Pan Grzejnik pozdrawia wszystkich CIEPŁO:))))))

i html udało mi się uporządkować… życie nie zawsze jest takie złe…:)

 

  • RSS